Matka Boża Bolesna
Główka54 bazylika uprawy
SANKTUARIUM MATKI BOŻEJ LICHEŃSKIEJ


 

Sanktuarium
 

Teksty źródłowe

Zapiski ks. Floriana Kosińskiego, proboszcza parafii Licheń w latach 1837-1873

W roku bieżącym (1852) choroba cholerą zwana bardzo gwałtownie okazywała się w wielu miejscach kraju, w niektórych nawet miastach, jak np. w Kaliszu, Koninie, Tuliszkowie i Rychwale, wydziesiątkowała mieszkańców. W parafii Licheń, gdzie jeszcze nigdy nie postała, w tym roku zjawiła się i zabrała ok. 30 ofiar. W całym zaś kraju podług doniesień urzędowych umarło na tę epidemię 45 000 osób. Na ospę także wiele osób wymarło.

Gdy teraz, w czasie panującej w tej okolicy i parafii cholery, niektórzy mieszkańcy zrobiwszy między sobą składkę, postawili murowaną, nad drogą publiczną figurę i tamże rzeczony umieścili obraz, od kilku dni zaczyna się gromadzić lud wielkimi masami, ku uczczeniu tego obrazu. Tak dalece, że dziennie po kilkaset a niekiedy i więcej jak po tysiąc ludzi przybywa z odległych o kilka mil okolic, padając krzyżem przed tymże obrazem, obchodzą na kolanach figurę i składają ofiary w świecach i pieniądzach do skarbony, którą fundatorzy w tejże figurze umieścili.

Zeznanie Stanisława Rusina, lat 78, zamieszkałego w Trzyborkach, parafia Licheń

Wiadomości moje posiadam od mojej babki Agnieszki, która zmarła w roku 1900 w wieku lat 82. Bardzo często babcia opowiadała, że na własne oczy widziała nad lasem grąblińskim wielką jasność płynącą z nieba nad lasem, w którym znajdował się Cudowny Obraz Matki Bożej. Jasność ta ukazała się około godz. 9.00 rano i trwała parę godzin. Było to w dniu, kiedy obraz Matki Bożej był przeniesiony z lasu do kościoła w Licheniu.
       
Wydawało się, jakby złoto i srebro spadło z nieba albo mieniące się płatki śniegu w słoneczny dzień zimowy. To dziwne zjawisko było obserwowane przez dziesiątki tysięcy ludzi, którzy przybyli do Lichenia na uroczyste przenosiny obrazu. Wtedy wszyscy się przekonali, że objawienia były prawdziwe i że obraz Matki Boskiej jest cudowny.


Babcia dużo opowiadała o tym jak Matka Boska objawiła się pasterzowi Mikołajowi aż trzy razy; dwa razy, jako zwyczajne kobiety, a ostatni raz w postaci Królowej Polski, że przy obrazie działy się liczne cuda. Ci co do obrazu przychodzili byli wszyscy uzdrowieni. Babcia oraz inni starzy ludzie opowiadali, że zapowiedziana przez Matkę Boską epidemia cholery była bardzo groźna. Były domy i rodziny, gdzie wszyscy chorowali i wszyscy wymarli. Sam pamiętam jeszcze krzyże stawiane po epidemii. Pamiętam również wiszącą jeszcze kapliczkę na sośnie w Grąblinie, tą która zawiesił Tomasz Kłossowski, kowal z Izabelina, któremu pokazała się Matka Boska, gdy był jeszcze żołnierzem. Sosna była smukła, gałęzista, rosła bujnie, ale potem pielgrzymi zaczęli ją obłupywać na relikwie, bo one uzdrawiały chorych i wtedy drzewo zaczęło schnąć. Podparto je drągami, aby się nie przewróciło. W roku 1902 sosnę obmurowano - tak, że znalazła się w kapliczce.
          
Zeznanie przyjął 14 grudnia 1965 roku ks. Eugeniusz Makulski MIC

Zeznanie Marii Lusztyk, 82 lata, zamieszkałej w Licheniu, parafia Licheń.

Urodziłam się w Licheniu w r. 1884 i cały czas tu mieszkałam. Wiadomości moje mam od swego dziadka Szymona Korzeniewskiego, który w czasie objawień licheńskich miał 36 lat. Dziadka swego dobrze pamiętam. Również moi rodzice Katarzyna i Walenty, oraz inni starsi ludzie już dziś nie żyjący wiele mówili na temat licheńskich objawień.

Tomasz Kłosowski, kowal z Izabelina będąc ciężko rannym po bitwie pod Lipskiem bardzo się modlił do Matki Boskiej o ratunek. Ciężko chory miał widzenie, w którym zobaczył Matkę Bożą, która rzekła do niego. Wrócisz do zdrowia, ale wymaluj albo kup obraz w takiej postaci w jakiej mnie widzisz. Obraz ten umieścisz w miejscu publicznym, aby wszyscy ludzie cześć mu oddawali. Tomasz powrócił do zdrowia, długo szukał obrazu, aż go znalazł na gruszy polnej na polu Niemca. Obraz od gospodarza dostał i do swego domu przyniósł. Potem ten obraz kowal umieścił w Grąblinie na sośnie. W pobliżu tego obrazu modlił się pasterz pasąc bydło. W roku 1850 w tym lesie zaczęła się pokazywać Matka Boża pasterzowi Mikołajowi. Matka Boża zasmucona mówiła: Lud się zepsuł w całej okolicy, błagam syna by nie karał, ale już nie mogę utrzymać jego ręki. Jeśli ludzie się nie poprawią i pokutować nie będą przyjdzie straszna kara Boża, ludzie padać będą jak muchy od zarazy. Matka Boża miała się zjawić kilka razy. Gdy pasterz mówił ludzie nie wierzyli. Pasterza aresztowano, krew mu puszczono, ogłoszonego za chorego umysłowo. W więzieniu pasterz był około roku. Potem go puszczono, gdy się przepowiednie zaczęły spełniać. W czasie epidemii dużo ludzi umierało nie tylko w naszej parafii, ale i w innych, szczególnie w parafii Gosławice. Od tego czasu parafia Gosławice co roku przychodzi do Lichenia z pielgrzymką. Kiedy obraz przenoszono były tak ogromne tłumy, że drogą się nie mieścili. Zdeptano pola. W dniu przeniesienia obrazu z nieba wielka światłość się ukazywała, a podczas procesji błyskawice, chociaż nie grzmiało i świeciło pogodne słońce. Od godz. 8.00 rano widziano to światło nad grąblińskim lasem. Słyszałam o licznych łaskach i cudach, jakie ludzie otrzymywali od M.B. Licheńskiej. Od najdawniejszych lat do Lichenia przychodziły ogromne tłumy wiernych na odpusty. Poza odpustami przez cały rok przychodzili pielgrzymi do Lichenia.


Pamiętam jak ks. Maniewski obmurował sosnę w lesie grąblińskim. Sama brałam wiórki z tej sosny i bardzo pomagały chorym i cierpiącym. W czasie wojny obraz był przechowywany w prywatnym mieszkaniu. Niemcy w kościele urządzili dla hitlerjugend obóz, ale długo w kościele nie nocowali, bo coś ich ciągle straszyło. Podobno zjawiała się sama Matka Boża i taki strach wzniecała w jungach, że nocą z krzykiem uciekali i nie chcieli tam nocować. Po ucieczce Niemców obraz uroczyście powrócił do kościoła. Przeniesienia dokonał ks. Alfons Chytry.


Pamiętam jak hrabina Honorata Kwilecka przyjeżdżała z Malińca na sumę do Lichenia. Była to bardzo pobożna pani.                                                                                  
Zeznanie przyjął dnia 2 lutego1966 roku ks. Eugeniusz Makulski MIC.

Zeznanie Józefa Adamczewskiego, 63 lata, zamieszkałego w Helenowie II, parafia Licheń.

Od starszych ludzi słyszałem o tym, jak kowal z Izabelina Tomasz Kłosowski przyniósł obraz M. Bożej z pod Częstochowy. Nie wypełnił jednak życzenia Matki Bożej, które miał przed laty jako żołnierz po bitwie i obraz powiesił w swoim pokoju nad łóżkiem. Obraz przez pewien czas był w domu kowala, ale zauważono, że ciągle się poci. Gdy potem Tomasz zachorował, obiecał, że jeśli tylko wyzdrowieje obraz na miejsce publiczne wyniesie. Wyzdrowiał i obraz wyniósł do lasu w Grąblinie. Nie chciał obrazu wieszać w Izabelinie, bo we wsi mieszkało dużo rodzin niemieckich i protestanckich.

Słyszałem o tym, że Matka Boża trzy razy objawiała się pasterzowi Mikołajowi Sikaczowi, wzywając do pokuty, naprawy życia, do modlitwy różańcowej. Matka Boża groziła, że gdy się ludzie nie nawrócą spadnie na nich straszny Boży gniew. Mikołajowi nie wierzono. Dopiero, gdy się zaczęły dziać przepowiednie, uwierzono jego mowie. Wypuszczono go z więzienia, obraz przeniesiono z lasu do kościoła w Licheniu.


W latach okupacji niemieckiej w 1939 - 1945 cały czas mieszkałem w naszej parafii. Widziałem jak Niemcy kościół licheński niszczyli.


Hitlerowcy w kościele urządzili obóz dla około 300 chłopców w wieku od 15 do 17 lat. Kierownikiem obozu był niejaki Marciniak, volgsdeutsch. On to niszczył urządzenia kościoła: ołtarze, ławki, ambonę i inne rzeczy. Zarzucił powróz na figurę M.B. na balkonie za kościołem i kazał ściągać. Do tego bluźnił mówiąc: „Takaś cudowna i dajesz się zrzucić”. Rozbitą figurę wyrzucił do dołu. Krzyż z wierzy kościelnej i wielkie szkło zasłaniające cudowny obraz M.B. kazał wyrzucić do gnojownika. Z młodzieżą rozwalał pomniki na cmentarzu grzebalnym. Na teren cmentarza grzebalnego i plebańskiego nie wolno było ludziom wchodzić pod grozą śmierci. Zmarłych chowano w Gosławicach albo w Wąsoszach. Już pod koniec wojny wykopali Niemcy za parkanem cmentarnym ogromny dół, gdzie mieli zagonić całą ludność polską, tam zamordować i zakopać. Już wiele rodzin wypędzono z Lichenia, z Helenowa i na ich miejsce osadzono rodziny niemieckie ze Wschodu, z Besarabii.


Słyszałem, że w kościele młodzież była ciągle straszona przez jakąś panią i starca i dlatego bardzo często zmieniano tu chłopców. Więcej nie pamiętam, o czasach okupacji.


Po wojnie obraz cudowny przywieziono z Malińca od państwa Kietlińskich, gdzie był przechowywany. Z organistówki obraz był uroczyście przyniesiony do kościoła. Przeniesienia dokonał ks. Hytry Alfons, proboszcz z Gosławic. Teraz cały czas księża powoli dźwigają z ruin licheńską świątynię.      
Zeznanie przyjął dnia 13 lutego 1966 roku ks. Eugeniusz Makulski MIC.

Zeznanie Stanisława Górczewskiego, 54 lata, zamieszkałego w Licheniu, parafia Licheń.

Wiadomości posiadam od mojego ojca Szymona, który zmarł w roku 1935 w wieku lat 60, był on kościelnym w Wąsoszach przed r. 1914, a potem w Parafii Licheń. Następnie od Józefy Majewskiej, która zmarła około r. 1930, w wieku lat ok. 60, była to osoba bardzo religijna, pomagała w kościele. Również od pana Miary Mateusza, który w czasie objawień miał 20 lat, a także od innych osób.

Słyszałem, że Tomasz Kłosowski będąc rannym po bitwie pod Lipskiem i w stanie beznadziejnym gorąco się modlił do Matki Bożej o ratunek i pomoc. Tej nocy we śnie ujrzał Matkę Bożą. Była w czerwonej sukni i białym płaszczu, na piersiach miała białego orła polskiego w Królewskiej Koronie, na głowie miała złotą koronę. Na brzegach welonu były jakby złotem haftowane symbole męki Pańskiej. Matka Boża obiecała Tomaszowi, że do zdrowie odzyska i do ojczyzny powróci, ale kiedy powróci do swego domu, to niech się postara o taki obraz jak ją tu widzi. Ten obraz niech umieści w miejscu publicznym dla czci publicznej całego narodu. Tomasz powrócił do domu zdrowy. Potem przez wiele lat poszukiwał takiego obrazu. W tym celu udawał się do Torunia, do Krakowa, Lwowa, do Poznania, Warszawy, do Lublina. Jednak nigdzie takiego obrazu nie napotkał, jaki widział we śnie. Był również wiele razy w Częstochowie, ale i tam poszukiwanego obrazu nie znalazł.


Zdarzyło się, że Tomasz znów udał się do Częstochowy na 8 września. Tam się spowiadał, modlił. Kiedy powracał z pielgrzymki zauważył, że przed drzewem na polu ludzie się modlili. Na kolanach obchodzili drzewo, śpiewali pieśni. Tomasz dołączył do modlących, a gdy się zbliżył zauważył, że na drzewie topolowym znajduje się obraz Matki Najświętszej taki, jaki przed latami we śnie widział. Uradowany odszukał gospodarza, na którego polu rosło to drzewo, prosząc go o sprzedaż owego obrazu. Gospodarz z pochodzenia Niemiec i ewangelik odezwał się do Tomasza „No tyś dać darmo, bo von usiadł na tego drzewe i ta ludzia, aby ta zboża wydeptać”. I kazał obraz zabrać. Tomasz z radością obraz zabrał i przyniósł do swego domu, ale go nie umieścił na miejscu publicznym, ale w swoim pokoju nad łóżkiem. Gdy potem M. Boża znów domagała się by ją wyniósł z domu, zdecydował się i wyniósł go do lasu w Grąblinie i na sośnie umieścił.


Tym obrazem opiekował się pasterz Mikołaj Sikacz, często modlił się przed nim na koronce, omiatał z pajęczyny, zamiatał koło sosny. Mikołaj był człowiekiem bardzo uczciwym, pobożnym, religijnym, cichym. W pobliżu tego obrazu Mikołaj widywał kilka razy Matkę Bożą, która wzywała ludzi do pokuty, bo Pan Jezus jest bardzo zagniewany i będzie karał ciężką chorobą. Mikołajowi początkowo nie wierzono. Wyśmiewano się z niego, a następnie został aresztowany i osadzony w więzieniu w Koninie. Dopiero gdy się zaczęły spełniać przepowiednie, uwierzono w prawdziwość objawień. Potem obraz uroczyście przeniesiony został do kościoła w Licheniu.


Na odpusty licheńskie przychodziło do 35 uroczystych kompanii. Rozdawano tysiące komunii św. Odpust trwał przez 8 dni, od tygodnia przed 15 sierpnia. Pielgrzymki były uroczyście witane i żegnane.


Wiosną 1941 r. żandarmi niemieccy aresztowali ks. proboszcza Jana Przydacza i kościół natychmiast zamknęli. Po pewnym czasie znów przyjechali, wzięli ze sobą organistę Bolesława Lisowskiego i udali się z nim do kościoła. Chcieli obraz odsłonić i zabrać, ale żadną siłą nie mogli. Mówili między sobą, że następnego dnia przyjdą z majstrami i obraz otworzą i zabiorą. O tym powiedział mi pan Lisowski żaląc się, że obraz będzie zabrany. Wtedy powiedziałem, że trzeba się postarać i wynieść obraz. W południe pożyczyłem drabinę z majątku, zaniosłem ją na organistówkę i zacząłem poprawiać dachówkę. O godz. 23.30 poprosiłem do pomocy Mieczysława Kicińskiego, dworaka i razem z organistą Lisowskim udaliśmy się pod kościół. Przez okno z prawej strony na chór weszliśmy do kościoła, ja z Lisowskim a Kiciński pilnował. Bez trudu odsunęliśmy obraz, zabrali cudowny obraz a na jego miejsce do kapliczki włożyli kopię z Grąblina. Z obrazem powróciliśmy na organistówkę. Była to jesień 1941 r. Jeszcze dodam, że po aresztowaniu ks. Przydacza przez kilka niedziel dojeżdżał ks. na niedzielę z Morzysławia, zatem nabożeństwa były odprawiane do połowy sierpnia 1941 r. Następnie pan Lisowski obraz oddał na przechowanie do rządcy majątku - panu Kietlińskiemu. Gdy Niemcy Kietlińskich wywieźli do Malińca, tam był obraz zabrany i przechowywany.


Według zapowiedzi dnia następnego przyjechali żandarmi i przywieźli jakiegoś majstra, obraz oglądali, ale go nie zabrali. Nie pamiętam, czy zabrali wota. Wotów było bardzo dużo. Były to srebrne i złote ręce, oczy, nogi, serca, złota bransoletka z monogramem hrabiny Kwileckiej, oraz bardzo wiele innych przedmiotów.


Na wiosnę w 1942 Niemcy polecili Marciniakowi, który był rządcą gospodarstwa plebańskiego aby wszystko z kościoła usunąć. Marciniak zawołał kilku ludzi. Byli to Nawrocki Jan, Wujkowski, Kozłowski oraz inni. Ci mężczyźni, gdy weszli do kościoła źle się zachowywali. Wujkowski ubrał się w kapę kapłańską i małpował księdza. Inni w czapkach palili papierosy. Wtedy weszli Niemcy i zdjęli czapki, czym zawstydzili naszych ludzi. Niemcy kazali ołtarze delikatnie porozbierać i wynieść do małego kościoła. Gdy Niemcy odeszli robotnicy zarzucali na ołtarze powrozy wszystko łamali i wyrzucali na podwórze, potem rąbano wszystko i palono. W podobny sposób ściągnięto wierzę kościelną i porąbano. Rozbierano ogrodzenia żelazne koło grobów. Na półeczce w kościele stała figurka dzieciątka Jezus, bardzo ładna. Ktoś z robiących powiedział: „Tę figurkę trzeba zdjąć i ocalić”. Wtedy Nawrocki się odezwał: „Ja tak zrobię, że Pan Jezusek sam zejdzie z tej półeczki”. Rzucił  czymś i figurka rozpadła się na kawałki. Niniejszy Nawrocki zabierał sobie ogrodzenie żelazne od grobów na swój użytek gospodarczy. ( Zdarzyło się, że tenże Nawrocki już po wojnie miał wypadek, w którym pokaleczył sobie twarz. Potem zginął on razem z 20-letnim synem. Zabił ich piorun na łąkach. Razem z zabitymi był jeszcze trzeci - Ratajczyk - ale temu nic się nie stało, chociaż stali razem koło wozu. Bóg nie rychliwy ale sprawiedliwy. Nie sądzimy ich, ale wypadek ten był wielkim zdziwieniem dla wszystkich).


Kiedy kościół był już pusty urządzono go na sypialnię dla młodzieży hitlerowskiej. Ta podła młodzież hitlerowska dokończyła dzieła zniszczenia, dewastacji i profanacji licheńskiej świątyni. Niemcy planowali pod koniec wojny wymordować całą ludność licheńską. Sam widziałem przygotowany ogromny dół za cmentarzem, gdzie miano dokonać zbiorowego mordu.


Słyszałem, że przy obrazie Matki Bożej Licheńskiej dokonywały się wielkie cuda.


W marcu, czy pod koniec lutego w roku 1945, gdy Niemcy już uciekli, obraz cudowny został z Malińca przywieziony do Lichenia i uroczyście wniesiony do kościoła. Ingresu dokonał ks. Alfons Chytry z Gosławic. Zaczęła się mozolna odbudowa kościoła.

Zeznanie przyjął 14 lutego 1966 roku ks. Eugeniusz Makulski MIC.

Zeznanie Bolesława Lisowskiego, 60 lat, zamieszkały w Grzegorzewie, powiat kolski.

W roku 1938 podjąłem pracę organisty w kościele parafialnym w Licheniu. Proboszczem był wtedy ks. Jan Przydacz. Bardzo często słyszałem, że ludzie doznawali cudów i łask za przyczyną Matki Bożej Licheńskiej. Cuda te były spisywane w specjalnej księdze, którą zniszczyli Niemcy. Akty parafialne ocalały, ponieważ były zabrane do Urzędu Stanu Cywilnego w Gosławicach. Inne księgi parafialne były zniszczone. W roku 1940 odbył się jeszcze odpust 15 sierpnia, ale ludzi już nie było wiele. Po aresztowaniu księdza proboszcza Jana Przydacza, przez pewien czas klucze od kościoła były na plebanii. Rozeszła się wiadomość, że Niemcy mają kościół zamienić na sypialnię. Jesienią 1942 roku pewnego dnia volgsdeutsch Pritz z Półwioska doniósł do komendanta żandarmerii w Gosławicach Wajdemana, że w kościele licheńskim jest obraz kosztowny, ze złota. Po tym doniesieniu przyjechało czterech żandarmów z Pritzem i wezwali mnie, abym pomógł odsuwać cudowny obraz Matki Bożej. Najpierw za linkę ciągnął sam komendant Wajdeman, ale bezskutecznie, a ważył około 100 kg. Potem pomógł mu Pritz i pozostali żandarmi, ale nie dali rady. Wezwano mnie do pomocy pod groźbą użycia broni. Rzeczywiście ciągnąłem, ale obraz ani drgnął. W tym czasie ktoś wbiegł do kościoła wołając, że na wsi stał się jakiś wypadek i potrzebni są żandarmi. Żandarmi udali się na wieś. W kościele pozostałem sam i postanowiłem zobaczyć, co się stało, że obraz się nie odsuwa. Pociągnąłem za linkę i obraz jak zwykle sam prawie się odsunął. Wtedy postanowiłem cudowny obraz ratować, zabierając go z ołtarza. Wszedłem na mensę i drabinę, wyjąłem obraz z ramek, a na jego miejsce umieściłem obraz z kaplicy objawień w Grąblinie namalowany na blasze. Zaś cudowny owinąłem w gazetę i ukryłem na ołtarzu Przemienienia Pańskiego. Ledwie to wszystko zrobiłem żandarmi powrócili do świątyni, udali się za ołtarz, i łatwo zasłonę odsunęli. Pritz wyjął obraz i podał Wajdemanowi, który zobaczywszy że nie jest złoty krzyknął das ist gold? -i rzucił obrazem o ziemię. Schyliłem się, obraz podniosłem z podłogi i ukryłem go za marynarkę. Niemiec nie bronił mi tego. Wota już przedtem i naczynia liturgiczne były schowane przez ks. proboszcza Jana Przydacza. Żandarmi kościół zamknęli i klucze zabrali ze sobą do Gosławic. To wszystko działo się przed południem. Tego dnia wieczorem postanowiłem obraz wynieść z kościoła. Pomogli mi w tym Stanisław Górczewski i Mieczysław Kiciński. Oni przynieśli drabinę do okna z majątku. Około godz. 23.00 przez okno za chórem wszedłem do świątyni, obraz zabrałem z ołtarza Przemienienia Pańskiego, wyniosłem go z kościoła i ukryłem na organistówce. Wisiał nad moim łóżkiem przez dłuższy czas.

Po pewnym czasie żandarmi zaczęli poszukiwać cudownego obrazu, wtedy wywiozłem go na rowerze do Malińca i dałem do przechowania panu Janowi Kietlińskiemu. Gdy się wszystko uspokoiło, obraz sam przywiozłem do siebie na organistówkę. Po skończonej wojnie obraz przeniesiono z organistówki do kościoła. Przeniesienia dokonał ks. Hytry. Kiedy proboszczem został ks. Dobrucki odkopałem naczynia liturgiczne i wota. Opakowanie zgniło w ziemi, ale naczynia ocalały. Za pozwoleniem ks. bpa Michała Kozala spożyłem Najświętszy Sakrament po wywiezieniu ks. Proboszcza do obozu.


Niszczenia kościoła licheńskiego dokonał niejaki Stefan Marciniak robotnik niemiecki. Był Polakiem, ale przewrotnym zdrajcą.

Zeznanie przyjął dnia 16 sierpnia 1967 roku ks. Eugeniusz Makulski MIC.

Mówi ks. Eugeniusz Makulski – kustosz senior licheńskiego Sanktuarium

Pasterz Mikołaj Sikatka ujrzał Matkę Bożą po raz pierwszy na początku maja 1850 roku. Akurat zbliżało się południe. Bydło najedzone odpoczywało na łące, a pasterz swoim zwyczajem ukląkł na trawie i odmawiał różaniec. Modląc się, zauważył zbliżającą się do niego niewiastę. Była ubrana po wiejsku w długą, jasną suknię z białą chustą na głowie. Zmieszany i zdumiony słuchał tego, co zaczęła do niego mówić:

- Mikołaju! Ogłoś ludziom, że za ich grzechy zbliża się kara Boża. Zaraźliwa choroba będzie trapić całą ludność. Ludzie jak muchy będą padać nagłą śmiercią. Zachęcaj wszystkich do pokuty i modlitwy, gdy się nawrócą, kary nie będzie. Zwłaszcza niech ludzie modlą się na różańcu, rozważając życie i mękę Pana Jezusa.


Po tych słowach Pani ukazała Mikołajowi długi różaniec składający się z piętnastu tajemnic. - Mikołaju, proszę cię - odezwała się ponownie - abyś udał się do sosny, na której wisi święty wizerunek. Zrób tam porządek, bo cały naród tu przyjdzie i moc łask czerpać będzie.

Po tych słowach Pani ze smutkiem zaczęła się oddalać. Mikołaj zauważył, że idąc nie dotykała ziemi, jakby płynęła na złocistym obłoku. Padł na kolana, wyciągnął ręce, chciał wołać, ale nie mógł. Pobiegł natychmiast do kapliczki i ozdobił ją świeżymi kwiatami.
Wziął sobie do serca słowa Pani, ale bojąc się ludzkich języków, nikomu nic nie powiedział o swoim widzeniu.

realizacja LM Internet  LM Internet